Kara śmierci





       Po przemianach ustrojowych w 1989 roku Polska stała się krajem gospodarki rynkowej. Wraz z tym doznała takich dobrodziejstw jakich za socjalizmu nie znała, jak terroryzm, bandyctwo, napady na banki, rabunki i morderstwa na niespotykaną dotąd skalę, afery, porwania i kidnaping, oraz inne jeszcze atrakcje. Niektórzy twierdzą, iż 95% społeczeństwa jest zadeklarowanymi katolikami. Katolicyzm jest z kolei deklaracją miłosierdzia, zrozumienia dla potrzeb innych ludzi, oraz obdarowywania ich miłością. Ponad połowa owych katolików, zdecydowanie ponad, domaga się przywrócenia ustawowego zabijania niektórych więźniów, co nazywane jest powszechnie karą śmierci.
       Co to jest w ogóle kara? Wydaje mi się, iż jest to takie postępowanie, aby sprawca złamania obowiązującego prawa został zmuszony do zadośćuczynienia wszystkim, którzy na skutek jego działania ponieśli jakiekolwiek straty; jeżeli jest to niemożliwe, to zadośćuczynienie musi mieć formę izolacji, albo działań łącznych. Karanie traci jakikolwiek sens, jeżeli osoba karana nie może zrozumieć kary, to wtedy jest taka sytuacja, jak gdyby komuś zamiast jedzenia dano dobre słowo. Tak, jak człowiek nie może najeść się słowem, tak samo nie może być ukarany, gdy nie zdaje sobie z tego sprawy.
       Co zatem sprawia, że takie mnóstwo ludzi, mimo deklaracji miłosierdzia i miłości do bliźniego wyrażanej swoją przynależnością do katolickiej rodziny, domaga się zabijania innych ludzi? Pewnie każdy socjolog z łatwością wytłumaczyłby to zjawisko, argumentując zapewne wzrostem powszechnego zagrożenia i innymi, równie racjonalnymi powodami. Ja jednak nie jestem socjologiem, mam zatem prawo do takiego myślenia, jakie najlepiej tłumaczy zjawisko. A mnie to przypomina liczne sytuacje, gdy tłumy były porywane jakąś ideą, która po latach okazywała się zbrodnicza i nieludzka. Polski tłum w tym i wielu innych przypadkach tak samo ślepo i irracjonalnie wrzeszczy: kara śmierci!, kara śmierci! mimo, iż zabicie człowieka nie jest dla niego żadną karą, ale wyłącznie zemstą. Nota bene historia wielu narodów podaje jakże liczne przykłady, gdy zabici zostali niewinni ludzie, a prawdziwi zbrodniarze nieraz po ich śmierci zostawali odkryci. Jest tylko jeden przypadek, gdy człowiek ma prawo, także moralne, zabić innego człowieka: gdy odbywa się to w chwili rzeczywistego zagrożenia przez inną osobę jego, lub kogoś z otoczenia. I tylko w tym momencie. Żądanie prawa do zabijania innych ludzi w jakichkolwiek innych okolicznościach jest barbarzyństwem równym hitlerowskiemu lub stalinowskiemu i nikt mający chociaż krztyny rozumu nie może się tego domagać. Rozumiem żal tych, którzy utracili bliskich na skutek morderstwa, napadu terrorystycznego, lub w podobnych okolicznościach. Ale pytam ich, czy nie lepiej zamknąć winnego zbrodni do końca życia, patrzyć na ich upodlenie i izolację od wszelkiej normalności? Niech mają minimum warunków do życia, ale i brak jakiejkolwiek nadziei na życie wśród tych, których skrzywdzili. Jeżeli nie będą mieli żadnej nadziei na życie wśród tych, których praw nie chcieli przestrzegać, jeśli będą jak niebezpieczne zwierzęta w cyrku – zawsze za kratami, gdy ciągle im się będzie przypominać za co się tu znaleźli, to nawet najbardziej zatwardziali do końca życia będą żałowali swoich czynów. Należy przy tym przymusić ich do ofiary z własnego potu i wysiłku w postaci nieustającej pracy na rzecz tych, których skrzywdzili albo ich rodzin. Trzeba walczyć nie o zabijanie innych, choćby nie wiem jak winnych, ale o takie prawo, które będzie stanowić rzeczywistą karę, a nie jedynie zaspokojenie żądzy zemsty tłumu.