Czytając „NIE”





       Chętnie czytuję wszystkie pisma, które mi wpadną w ręce. Wszystko, co zawiera słowo pisane, jest i może być źródłem informacji. Jak ją wykorzystamy, to jest już oczywiście sprawą naszej indywidualnej zdolności do przyjmowania wiedzy o świecie. Czasopisma nie są oczywiście jedynym źródłem doraźnej wiedzy, ale ich specyfika polega na tym w odróżnieniu od innych publikatorów, że wiedza w nich zawarta jest stała; zawsze możemy do tego powrócić. No i nie bez znaczenia jest, że przecież pismo może być użyte do tysięcy innych celów. Żeby w wspomnieć tylko jako podkładkę pod krótszą nogę stołu, gdy zamknięte sklepy a zabraknie srajtaśmy, jako opakowanie dla towarów na bazarach, podpałkę do pieca, i wiele, wiele innych.
       Ale wróćmy do tematu, czyli tygodnika „NIE”. Jego powstanie to ewidentnie odpowiedź na zapotrzebowanie społeczne na takie pismo, o czym najdobitniej świadczy liczba jego czytelników, niemała jak na polskie warunki i jedna z największych w naszym kraju. Czemu ludzie czytają „NIE”, czemu ja go czytam? Na pierwsze pytanie nie odpowiem – nie jestem socjologiem, nie interesują mnie również specjalnie ludzkie motywacje, przynajmniej jeśli chodzi o to zagadnienie. Za to chętnie powiem, czemu ja lubię to pismo. I od razu, w tym miejscu muszę wyjaśnić, że drażnią mnie zakłamane postawy tych, którzy przeważnie z wywieszonym jęzorem czytają po cichu, w ukryciu ten tygodnik, zaś publicznie okazują mu swoją dezaprobatę i okazują udawany wstręt. Lubię „NIE” z kilku względów. Najpierw, bo jest pismem troszkę innym niż wszystkie, więc ze swojej natury niesztampowym. Po wtóre lubię kpiarski sposób pisania i cenię sobie humor. Tygodnik stał się również publikatorem występków i afer, w czym nie ma sobie równych, ponieważ nic go nie obchodzą układy i układziki obowiązujące inne pisma; pismo jest prywatne i samofinansujące się, nie musi więc realizować polityki sponsorów.
       Pismo jest ciekawe. Porusza tematy nigdzie nie podejmowane, szczególnie ze względu na wspomnianą wcześniej politykę chlebodawców innych pism. Podoba mi się w nim i to, że nie uznaje istnienia „świętych krów”, jak to czynią wszystkie inne pisma, a rozprawia się ze wszystkimi, którzy naruszają normy współżycia społecznego. „NIE”, co jest szczególnie krytykowane, nazywa pewne sprawy po imieniu. Właśnie tak, jak o tym myślą ludzie. Inną sprawą, powszechnie poddawaną druzgoczącej przyganie jest język, jaki jest używany w tygodniku. Mówi się, że pismo jest wulgarne, bo używa wulgaryzmów i kolokwializmów. Myślę, że ci co tak mówią, są najwstrętniejszymi obłudnikami jacy istnieją. To jest język, jakiego się używa na codzień, na ulicy, w domu, pracy, szkole, parlamencie, powszechnie. To o co chodzi? Pismo nie jest przeznaczone dla dzieci i młodzieży, którą ono nota bene niewiele obchodzi, a inni są niejednokrotnie bardziej wprawni w używaniu wulgaryzmów, więc protestując w istocie ganią samych siebie. Czy to nie kliniczna obłuda? Szczerze mówiąc, to „NIE” porusza takie sprawy, że sam Bóg pewnie klnie jak szewc. Język powinien być taki, jaki sprawy nim ujęte.
       Nie podoba mi się bardzo forsowana w „NIE” postawa pacyfistyczna. Ale cóż, jak ludzie nie są pozbawieni wad, tak również pisma mają jakieś niedostatki. Te artykuły sobie odpuszczam i mam spokój. Nie podoba mi się również, że w kilku przypadkach pismo było nierzetelne przez swoją niekonsekwencję. Jak się jakiś temat podejmuje, to należy go dokończyć, albo powiedzieć czytelnikom na przykład: wywarto na nas takie naciski, że dla świętego spokoju i ratowania skóry musieliśmy sobie temat odpuścić. Ta było na przykład w sprawie, którą przed kilku laty „NIE” obszernie omawiało: w sprawie afery, której niechlubnymi bohaterami było kilkunastu księży w lubelskim. Jestem też zły na tygodnik, bo dawniej zamieszczał mnóstwo wspaniałych, śmiesznych rysunków. Teraz te co są, są raczej marne, a z pewnością dużo mniej dowcipne.
       Gdy wspomina się publicznie o „NIE”, najczęściej pojawia się wtedy nazwisko jego właściciela i redaktora naczelnego, Jerzego Urbana. Mówi się, że paskudny, bezczelny, niemiły; przykleja się do niego wszystkie najgorsze etykietki. Najwięcej złorzeczą ci, którzy mają gębach najwięcej chrześcijańskich frazesów w rodzaju miłuj bliźniego swego jak siebie samego, bądź życzliwy dla bliźnich, wybaczaj innym ich błędy, czy inne podobne. Myślę, że z nich tacy chrześcijanie, jak z koziej dupy trąba. Drugą osobą po Jerzym Urbanie jest Piotr Gadzinowski. Pamiętam jego artykuł w prasie młodzieżowej, z jego początków kariery publicystycznej, w którym tłumaczył sprawę używania wulgaryzmów w słownictwie potocznym. Teraz mógł swoje ówczesne teorie ziścić, właśnie w „NIE”. Widzę tutaj jego największy wpływ w sposobie artykułowania treści pisma. Co do niego, to świetnie pisze, ale moim zdaniem powinien ograniczyć swoje wystąpienia sejmowe i w ogóle publiczne ze względu na jakąś wadę wymowy, która wygląda jak częste czknięcia w trakcie mówienia. Jest to bardzo nieprzyjemne. Trzecim w tej dziedzinie jest mój imiennik, Marek Barański. Niewątpliwie to świetny dziennikarz, spec od najcięższych spraw prowadzonych przez tygodnik. Jeżeli pismo wytacza jakowyś oręż najcięższego z kalibrów, to bez wątpienia stoi za tym Marek Barański.
       Wbrew pozorom to co napisałem nie jest wcale apoteozą tygodnika „NIE”. Piszę o nim jedynie dlatego, że śmiesznym mi się wydaje to udawanie, że się pisma nie dostrzega, że jego nie ma, a jeżeli już, to należy go obrzucać najgorszymi obelgami. Jeżeli „NIE” jest szmatławcem, to ja znam przynajmniej kilka pism, dla których dopiero należałoby stworzyć odpowiedni epitet, bo jeszcze nie istnieje wystarczająco dosadny.