Rozmawianie





       Wiele jest zawodów, których ludziom zazdroszczę, wielu jest ludzi, których podziwiam za ich mądrość i inteligencję. Z nich wszystkich jednak za najwspanialszych uważam takich, jak prof. Miodek lub Bralczyk. Nie byłoby bowiem nic: kultury, nauki, cywilizacji, świadomości piękna – pozostalibyśmy na swoich pierwotnych gałęziach i nie byłoby żadnych szans, żeby z nich zejść. Wszystko cośmy osiągnęli jest efektem naszej umiejętności porozumiewania się. Im wyższy jego poziom, tym efekty bardziej zdumiewające; wystarczy wziąć jakiekolwiek dzieło literackie, by się o tym przekonać.
       Na codzień nie staramy się ani pięknie mówić, ani być zrozumiali dla innych. Powszechnie tolerowana jest bylejakość, a im ktoś mówi bardziej niezrozumiale, tym jest paradoksalnie bardziej zrozumiały. Wystarczy posłuchać wypowiedzi w radio lub telewizji. Nie mógłbym być prowadzącym jakąkolwiek rozmowę albo dyskusję, bo musiałbym ludzi walić pięścią w łeb dla opamiętania. Zdecydowana większość ludzi każde zdanie zaczyna od „znaczy”, albo „to znaczy”. Obojętne – naukowiec czy prostak, człowiek młody czy stary, na bardzo wysokim stanowisku czy nie – każdy zaczyna każdą kwestię od „znaczy”. Czemu „znaczy” a nie ku...? Przecież to ma taki sam sens. Czyli nie ma żadnego. To jest brak panowania nad tym, co mówimy, co chcemy przekazać innym. To sprawa elementarnej samodyscypliny. Jeżeli stać mnie na kontrolowanie tego, co mówię, to dowodzi to najlepiej, że i w innych sprawach mogę nad sobą zapanować. Jeśli zaś nie, to sygnalizuję innym: jestem niechlujem.
       Telewizyjni prezenterzy nagminnie mówią „derektor” zamiast dyrektor. Wielu ludzi również tak mówi. Ja wiem, że tak jest łatwiej wymawiać to słowo, ale przecież ono w naszym słownictwie nie istnieje! Stanisław Lem wymyślił swoje drumple i krapciele, ale on to uczynił na potrzeby fabuły opowiadania i było to uzasadnione. Czemu nikt nie zwraca uwagi prezenterom, że wymyślają nowe słowo na użytek tylko swojej wygody? Przecież prezenterzy mają obowiązkowe zajęcia wymowy... dziwne to. Również razi, a według nauk takich autorytetów jak wspomniani wyżej profesorzy Miodek i Bralczyk jest to błędem, chociaż według zasad językowych poprawnie, wymawianie przez niektóre osoby takich słów jak jabłko czy biologia. To pierwsze wymawiane jest zupełnie nieprawidłowo z bardzo mocnym akcentem na „ł”, z nienaturalnym jego wyróżnieniem co powoduje, że w takim wymawianiu słychać jest prawie wyłącznie owo „ł”. Jak uczy w swoich publicznych wykładach na antenie prof. Miodek, powinno się to wypowiadać fonetycznie: jabko. I tak intuicyjnie robi większość ludzi. Ale nie ci, którzy chcą zwrócić na siebie uwagę... Z drugim słowem jest jeszcze większy cyrk. Prawidłowo powinno się go wymawiać: bjologia. Ale są tacy, którzy muszą to zrobić po swojemu – czytaj kaleczyć. Mówią to tak, że słychać wyraźnie słowo: bijologia. Przecież takiego słowa nie ma!
       Takich przykładów można by podać tyle, że starczyłoby na pokaźne tomiszcze. Po prostu chce się wyć! Co można, żeby to zmienić? Z pewnością nie uda się to nikomu ani z dnia na dzień, ani nawet dzięki swojemu, nawet największemu autorytetowi. To musi odbywać się na drodze żmudnej i prawie beznadziejnie uciążliwej – uczenia młodzieży, zachęcania do czytania książek, których bogactwo jest zniewalające, zwracania ludziom uwagi na błędy, oraz przede wszystkim wyraźnej dezaprobaty dla każdego odstępstwa. Chciałoby się powiedzieć: ludzie, to jest nasze najważniejsze narzędzie do porozumiewania się! Chcielibyście, żeby chirurg robił wam operację brudnym skalpelem?