Moja wizytówka






   Cóż można o sobie napisać tak, żeby było obiektywnie? Prawdopodobnie nic. Dlatego bez zbytniego obiektywizmu postaram się opowiedzieć o sobie co nieco; przynajmniej tyle, żeby czytający dowiedział się, że jestem absolutnie przeciętnym człowiekiem. No, może wyróżniam się od przeciętnych kilkoma sprawami, jednak nie na tyle, bym sobie kiedykolwiek zyskał miano człowieka nieskromnego. Skromny też nie jestem, ale bez przesady, wszak jestem mężczyzną. Moją dewizą jest, iż prawdziwy mężczyzna powinien umieć wszystko, prócz rodzenia dzieci. Całe dotychczasowe życie było podporządkowane tej dewizie i prawdę mówiąc – dokonałem trafnego wyboru. Zresztą, o tym dalej.
   Zdobywanie umiejętności przychodzi mi łatwo. Może zbyt łatwo, stąd zdobyłem kilkadziesiąt zawodów. Prócz tego opanowałem szereg umiejętności, przypisywanych zwykle kobietom: ręczne robótki na drutach, szydełkowanie, haftowanie. Narysowałem mnóstwo portretów, byłem fotografikiem, sędzią piłkarskim i zawodnikiem w strzelectwie. Należałem do wszystkich organizacji młodzieżowych prócz ZMW i udzielałem się w nich czynnie; szczególnie darzę sentymentem ZHP, z którego wyniosłem mnóstwo wspomnień. Nie sposób napisać wszystkiego, com robił i czego się imałem. Myślę, że co przeżył słynny zawadiaka Mark Twain wyglądałoby nader skromnie przy tym, co było moim udziałem. Jeżeli człowiek żyje żeby mieć wspomnienia, to ja żyję.
   Mam mnóstwo zainteresowań, pasji i pasyjek. Zawsze miałem. Jest jednak jedno hobby, któremu jestem wierny od dwunastego roku życia do tej pory, Jest to fantastyka naukowa. Pod każdą postacią i w każdym przejawie. Od dwunastego roku, gdy się nią zaraziłem ze skutkiem dożywotnim, zacząłem kolekcjonować książki z tej tematyki. To była przygoda! Nie to, co dziś, gdy wchodzi się do księgarni i ma się wszystko, wydane tak, że chce się zjeść. Moim udziałem było przeszukiwanie księgarń i antykwariatów, jeżdżenie po konwentach i imprezach w poszukiwaniu nowości i staroci. Przy okazji poznawało się pisarzy i wydawców, artystów, podobnych sobie fanów. Tak zdobyte książki, czasopisma i różne periodyki miały wartość specjalną, z czym porównać cokolwiek ciężko. Trochę później doszedłem do wniosku, że przecież prawdziwy fan czegokolwiek powinien chociaż raz w życiu się sprawdzić. To jest coś podobnego do obowiązku każdego muzułmanina odwiedzenia Mekki. No i wymyśliłem, co zrobię. Dzięki szczęśliwemu trafowi zorganizowałem jedną z dwu największych na świecie imprez fanowskich pod nazwą „Eurocon”. Opis tego znajduje się w innej części. Teraz w mojej biblioteczce jest kilka tysięcy pozycji, których czytanie sprawia mi niezmienną od lat przyjemność. Pod tym względem jestem jak małe dziecko łaknące łakoci bez opamiętania – ulubione pozycje mogę czytać tak, że raz przeczytawszy, zabieram się do czytania od nowa.
   Od dziesięciu lat niemal nie wychodzę z domu. W pełni zdrowia i sił witalnych, niespodziewanie dopadła mnie nieuleczalna choroba, stwardnienie rozsiane. Czyni ona z człowieka, w większości przypadków, autentycznego zombie – żywego trupa. Z nieznanych przyczyn własny system immunologiczny zaczyna niszczyć w organizmie osłony nerwów, przez co czyni je nic nie wartymi. No i ze mną tak właśnie się stało. Jednak żadna choroba nie jest w stanie zniszczyć w człowieku człowieka, toteż, dostosowując swoje możliwości do otoczenia, nie stałem się mniej niż dawniej aktywny tyle, że troszkę inaczej. Od dziesięciu lat pomagam ludziom zrozumieć sens życia, jego cudowną niepowtarzalność. Koresponduję więc z setkami ludzi rozsianymi po całym świecie, od jakiegoś czasu również w Internecie, piszę w różnych pismach i pisemkach felietony. A w pozostałym czasie, którego mam przecież mnóstwo, oglądam i nagrywam filmy – vide moja kolekcja filmów, oraz, przede wszystkim, pasjami nawiguję po sieci, starając się to i owo: betatestowanie, tłumaczenia, współpraca z serwisami. Co jeszcze wymyślę – nie mam bladozielonego pojęcia.